Menu

Bieszczady i Beskidy z Wojtyłą

„O północy, wciąż w deszczu, stanęliśmy przed stanicą wojskową (…), waliliśmy w drzwi. Bez skutku – nikt nie otwierał. Wtedy Zdzisław Heydel, który świeżo wrócił z ćwiczeń wojskowych, przypomniał sobie wojskowe zwyczaje i ryknął: »Warta!«. Natychmiast wyskoczył żołnierz – niekompletnie ubrany, ale z karabinem w ręku, mierząc do nas. Po wyjaśnieniach otworzył nam pobliską cerkiew, w której trzymali siano dla koni. Spaliśmy tam prawie do południa następnego dnia jak zarżnięci”.
Besid Niski, sierpień 1961 rok. Fot. Aleksander Jagła
Wybrane wyprawy Karola Wojtyły w Bieszczady i Beskidy.
4-20 września 1952
Pierwsza wyprawa ze studentami w Beskidy i Bieszczady. Rozpoczęli w Stróżach w Beskidzie Niskim, a zakończyli w Baligrodzie. Przyszłemu papieżowi Janowi Pawłowi II towarzyszyło pięć osób z chóru przy kościele św. Floriana w Krakowie. 
3-15 sierpnia 1953
Drugi rajd po tych terenach, wyprawa zwana "kadrową". Razem z grupą 17 osób ks. Wojtyła przemierzył trasę od Ustrzyk Dolnych do Krynicy (dziś Krynica-Zdrój).  
3-12 sierpnia 1956
Grupa dziesięciu studentów z ks. Wojtyłą - Wujkiem rozpoczęła wędrówkę z Komańczy, a zakończyła ją w Ustjanowej. 
9-25 lipca 1957
Wyprawa czwarta rozpoczęła się już 1 lipca, ale ks. Wojtyła dojechał dopiero 9 lipca. Wraz z trzema innymi osobami dotarł nad Jeziorka Duszatyńskie ok. 1 w nocy i nie mógł odnaleźć pierwszej grupy. 15 lipca w Ustrzykach Górnych pierwsza grupa odjechała, a następnego dnia pojawiła się kolejna, wraz z którą Wujek robił wypady najpierw z Ustrzyk Górnych, a potem z okolic Cisnej. Do Krakowa wrócili 25 lipca. 
5-15 września 1957
Już 5 września ks. Wojtyła rozpoczął kolejną wyprawę, tym razem w Rymanowie Zdroju, jednak niedługo grupa przeniosła się w Bieszczady. 
lipiec-sierpień 1958
W tym czasie miały miejsce aż trzy wyprawy ks. Wojtyły po Bieszczadach. Na początku lipca wędrował po nich samotnie, w dniach 19-22 lipca w dziewięcioosobowej grupie płynął kajakiem z Przemyśla do Leżajska. Potem do 2 sierpnia chodził po Bieszczadach z prof. Andrzejem Półtawskim i sześcioosobową grupą młodzieży. Nie wiedział jeszcze, że Stolica Apostolska nominowała go na pomocniczego biskupa Krakowa. 
24-29 sierpnia 1959
W siedmioosobowym składzie grupa przeszła z Muszyny do Gorlic przez Lackową, najwyższy szczyt polskiego Beskidu Niskiego. 
17-30 sierpnia 1960
Karol Wojtyła, już jako biskup krakowski, wyruszył z 17 innymi osobami z Komańczy. Biwaki rozkładali przy Jeziorska Dusztyńskich, potem w Smereku, zdarzało się im nocować w innych miejscach.  
sierpień 1961
Wyprawa bp. Wojtyły z 16 osobami na pogranicze Beskidu Niskiego i Sądeckiego. 
lipiec 1963
Jubileuszowa, trzydniowa wyprawa w Bieszczady. Bp Wojtyła chodził po górach wraz z uczestnikami wycieczki w 1953 r. 
Druga kadrowa
Dotarcie do Cisnej opisane przez Danutę Rybicką było jednym z najbardziej dramatycznych momentów wyprawy ks. Karola Wojtyły z grupą młodych znajomych w Bieszczady. Wyprawy nazywanej później „kadrową”, bo jej uczestnicy – 17 osób związanych z młodym księdzem, którego nazywali Wujkiem – stanowili trzon tzw. Środowiska, z którym Wojtyła jeździł na wakacje aż do 1978 r. Górskie przygody na granicy wytrzymałości zrodziły przyjaźnie na całe życie.
Bieszczady były wtedy niemal zupełnym pustkowiem. Miejscowych – Bojków, Łemków i Ukraińców – deportowano w czasie akcji „Wisła” zakończonej w 1950 r. 3 sierpnia 1953 r. w opustoszałych Ustrzykach Dolnych przybyszy powitał dominujący nad rynkiem pomnik Stalina. „Przerażające i ogromnie smutne były te rozwalające się chałupy i ślady sadów” – wspominała jedna z uczestniczek wycieczki. Żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza pozwolili na nocleg na strychu strażnicy. Następnego dnia część drogi do Ustrzyk Górnych udało się przebyć na ciężarówce wiozącej zwały kamieni, ale 30 kilometrów z Czarnej do celu grupa przeszła piechotą.

Najcięższym etapem wyprawy była trasa z Ustrzyk Górnych do Cisnej. „Miałem obawy, czy wszyscy wytrzymają ten trud” – wspominał Stanisław Rybicki, który organizował wyprawę. „Na początku trasy musieliśmy przejść w bród przez potok Wołosaty. (…) Determinacja, z jaką dziewczyny wchodziły do lodowatej wody, niosąc plecaki, które ważyły po 15 kilogramów, trzymając w jednej ręce buty, a drugą podtrzymując spódnice, rozwiała moje obawy. Pomyślałem, że wszystkim starczy hartu ducha i ciała”.

Bieszczady, przejście przez potok Wołosaty w sierpniu 1953 roku. Fot. Stanisław Rybicki

Doszli, choć za cenę ogromnego wysiłku. „Pod koniec, dochodząc w nocy do Cisnej, zasypiałam w marszu” – wspominała Danuta Rybicka. „Nie przewróciłam się tylko dlatego, że ktoś mnie trącił i obudził. To był potworny wysiłek”. Stanisław Rybicki: „Przeszliśmy, jedną, drugą, trzecią rzekę w bród, trzy połoniny, zeszliśmy z połonin było pół do dziewiątej, wszyscy mieli już dość (…) i tak maszerujemy mniej więcej czwórkami, mamy do przejścia do Cisnej kilkanaście kilometrów i przysypiamy, a Wujek chodzi od jednej do drugiego, rozmawia”. Wędrowcy, wykończeni i przemoczeni przez deszcz, ratowali się głośnym śpiewem, aż dotarli do stanicy WOP-u.

Zobacz trasy z tej wyprawy w Multimedialnym Biogramie Karola Wojtyły:


Najszczęśliwszy okres w życiu
Ks. Wojtyle zimny potok i noc w cerkwi na sianie mogła przypomnieć lata dzieciństwa. Karol przyjeżdżał wtedy z kolegą do Czańca, rodzinnej miejscowości ojca. „Mimo próśb, aby spali w domu, woleli nocować na wozówce – w sianie. Zauroczeni byli zapachem świeżo skoszonej trawy” – wspominał jego kuzyn, Bronisław Wojtyła. Na wsi Karol lubił chlapać się lodowatą wodą ze studni, „wrzawa była i tumult, że się aż za rzekę niosło. Potem szli w góry”.

Miłość do gór zaszczepili przyszłemu papieżowi jego ojciec – Karol – i brat Edmund. To Edmund zabrał go na pierwsze wycieczki w okolicach Wadowic. Razem wsiadali na furmankę stryja i podjeżdżali parę kilometrów, żeby mieć okazję do powrotnego spaceru. Wspólnie chodzili nad rzekę Skawę. W 1931 r. Edmund przeniósł się do Bielska, gdzie został zastępcą ordynatora miejskiego szpitala. Obaj Karolowie – ojciec i brat – przyjeżdżali do niego w każdą niedzielę. Często chodzili razem po górach. Okres ten papież wspominał później jako najszczęśliwszy w życiu. Na niedługo przed śmiercią (Edmund zaraził się szkarlatyną od swojej pacjentki) w 1932 r. zabrał Karola pierwszy raz w Tatry, gdzie przeszli trasę z Zakopanego przez Zawrat do Morskiego Oka.

Również ojciec często wybierał się z Lolkiem na wyprawy. Najpierw były to długie spacery nad Skawą, w której emerytowany kapitan Wojtyła uwielbiał pływać. „Ach, jak ten człowiek był obyty z wodą! Długimi, miękkimi pociągnięciami muskularnych ramion radził sobie z nurtem (…). Nurkował przy tym, prychał wodą oswojony z nią jak foka. Kiedy później, znacznie później, miałem możność obserwować Karola podczas spływu na kajakach, jak przystępował obowiązkowo i bez względu na pogodę do porannej kąpieli, to jak gdybym widział jego ojca” – pisał Zbigniew Siłkowski. Karol Wojtyła senior brał również syna na pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej czy na niedaleki od Wadowic szczyt – Leskowiec. W 1937 r. byli razem w Tatrach. Na Czerwonych Wierchach unosiła się taka mgła, że 17-letni Karol stracił ojca z oczu. Był z nim wtedy przyjaciel, Eugeniusz Moroz. Według jego wspomnień przyszły papież bał się, że ojciec spadł w przepaść. Znaleźli go jednak spokojnie czekającego na nich w kwaterze w Zakopanem.

Przyszły papież Jan Paweł II w wieku 5 lat z ojcem. Fot. nieznany
Promieniowanie ojcostwa
Karol Wojtyła znał dobrze wychowawczą siłę turystyki górskiej, sam ukształtowany przez wycieczki ze swoimi wielkimi autorytetami młodości – ojcem i bratem. Wykorzystał ją świadomie w wyprawach z bliską sobie młodzieżą, dla której też stał się duchowym ojcem. Młody ksiądz zwykle nie był pomysłodawcą wypraw, nigdy ich też nie organizował. Co nie znaczy, że nie traktował ich poważnie. Zachowało się wspomnienie „konferencji”, na jaką przyszły papież Jan Paweł II wezwał Jerzego Ciesielskiego – przyjaciela i spiritus movens wielu wypraw Środowiska. „Wujek wyłożył mi w obszernym wywodzie kilka refleksji dotyczących całego naszego towarzystwa, a następnie – co znacznie ważniejsze – nakreślił plan rozwoju tego zespołu w tzw. nowych warunkach. (…) Wysłuchałem w milczeniu i skupieniu exposé (a była to mowa twarda i nie oszczędzająca nas wszystkich)”.

Dwudniowa wyprawa na Romankę w dniach 22-23 lipca 1953 roku była swoistym treningiem przed Bieszczadami. Fot. Jerzy Ciesielski

Metody towarzyszenia grupie podczas wypraw ks. Wojtyła zarysował w liście do redakcji czasopisma „Homo Dei” w 1957 r. „Są one proste, podstawowe”. Msza rano, podczas której pada kilka myśli na cały dzień. Wieczorem powrót do tych zdań przy wieczornej modlitwie. Przede wszystkim jednak rozmowa, „ksiądz jest po to, żeby rozmawiać”.

To właśnie w Bieszczadach utrwalił się zwyczaj indywidualnych rozmów księdza z poszczególnymi uczestnikami. Jedną z nich udało się uwiecznić na zdjęciu: „wtedy deszcz padał, (…) wszyscy mają naciągnięte kaptury na głowy. Stoi taka grupa na skraju lasu i coś tam przegryzają po drodze, posilają się. W głębi, ktoś to chyba mimo woli uchwycił, dwie osoby (…). Dwa kaptury tak pochylone do siebie. Wujka ręka na ramieniu tej osoby. Ta osoba ma tak aż tutaj – wspominająca Danuta Rybicka wskazała na dłoń – jakby te kości białe są, tak mocno zaciśniętą, coś bardzo ważnego, to wygląda na spowiedź, na jakiś wielki problem rozwiązywany”.

Scena opisana przez Danutę Rybicką - zakapturzeni rozmówcy w tym ks. Karol Wojtyła w czasie deszczu (w ciemnych kurtkach w centrum kadru). Z lewej strony fotografii w wełnianej czapeczce stoi Jerzy Ciesielski. Fot. Stanisław Rybicki
Dobrze przygotowana improwizacja
„Poza tym metodą zasadniczą – Wojtyła tłumaczył dalej zasady duszpasterstwa campingowego w liście do »Homo Dei« – jest wysiłek sportowy i środowisko, potrzeba współdziałania, organizacji, życzliwości, koleżeństwa i przyjaźni”.
Przygotowując się do wyprawy w Bieszczady, grupa przyjaciół poszła z ks. Wojtyłą w Beskid Żywiecki i Mały. Pierwszego dnia wycieczki jedna z uczestniczek - Danuta Skraba (później Rybicka) - dostała poparzenia słonecznego łydek. W nocy dostała wysokiej gorączki, ratowano ją okładami z kwaśnego mleka. Uparła się jednak, żeby następnego dnia iść dalej. Wchodzili na Madohorę. Dopóki drzewa dawały cień, mogła iść, ale kiedy las się skończył, zaczęło ją piec. „Po chwili przyszła ulga, jakby się znów zaczął las i cień, a przecież szliśmy niezadrzewionym zboczem”. To jeden z przyjaciół - Stanisław Rybicki - szedł z wielkim plecakiem tak, by rzucać cień na jej nogi.

W trakcie wyprawy w Beskid Niski i Bieszczady, 2-13 lipca 1959 r. Fot. Aleksander Jagła

Wycieczki były dobrze zaplanowane, zawsze wybierany był szef wyprawy, komisja plecakowa pilnowała sprawiedliwego podziału ciężarów. „Wycieczka musi być dobrze przygotowaną improwizacją” – pisał jednak ks. Wojtyła. Zgodnie z tą dewizą na wyprawach stawać trzeba było czasem przed niezaplanowanymi wyzwaniami.
W czasie pierwszej wspólnej wyprawy w Beskid Niski i Bieszczady w 1952 r. grupa ks. Wojtyły zdecydowała się iść do Dukli na skróty. Dolina prowadząca do Dukli była jednak terenem ciężkich walk w czasie II wojny światowej. Ze strachu przed minami zdecydowano się iść gęsiego, „aby choć trochę ograniczyć niebezpieczeństwo”.

W 1960 r. wędrówka miały inny charakter – grupa rozbijała obóz w miejscu z dobrą wodą. W obozie zostawało kilka osób, reszta szła na jednodniowe wypady. 26 sierpnia wyruszyli na lekką wycieczkę ze Smerka na Falową. Miała potrwać 8 godzin, jednak gdy po 20 robiło się już ciemno, nic nie zapowiadało bliskości biwaku. „Nie mieliśmy latarki. Jaś Babtysta miał zapałki, którymi w najtrudniejszych momentach przyświecał” – wspominała Teresa Malecka. „Pokrzywy w ciemnościach zaczynały dawać się we znaki (…), parzyły nas, niektórzy upadali”. Wujek zdecydował, że trzeba odpocząć do świtu przy ognisku. Mężczyźni czuwali na zmianę, a rano odnaleźli rzekę i brodząc nią w butach doszli do biwaku w południe następnego dnia.
Tak, wśród kolejnych przygód i trudności, rodziły się wspaniałe relacje, a uczestnicy wypraw kształcili w sobie cnoty i hart ducha. Młody ks. Wojtyła obserwował to z uwagą, ucząc się rozumieć innych i rozpoznając lepiej własne powołanie. Opisał to później w dramacie „Promieniowanie ojcostwa”:
"Ojcze, ojcze, jestem! Wróciliśmy z gór. Było pięknie.
Namioty schły w słońcu
Żywica się sączy po korach, trawy wysokie, środkiem biegnie ścieżyna,
ledwo, ledwo przedeptana w trawie. Więc człowiek może się zaszyć
i dumać. Odkrywać głębie istot cudzych i własnej -
odkrywać, dosięgać. Dosięgać tym, co jest we mnie, tego - co w Tobie".

Bieszczady, widok na Tarnicę. Fot. Marek Piwnicki/Unsplash

Autor tekstu: Ignacy Masny,
Centrum Myśli Jana Pawła II



Event Place
Choose location...