Menu

Maria Bernasik - wycieczki z księdzem Karolem Wojtyłą

Informations
Archive description
Transcription
Copyrights
Notes
Archive description
Identification:
Reference code:
419/I_1_3_362
Owner signature:
W/362/10/W/HD38
Title:
Maria Bernasik - wycieczki z księdzem Karolem Wojtyłą
Date:
2010-08-10
Size and medium:
4,80 GB; MP4
Creator's name:
Centrum Myśli Jana Pawła II
Repository:
Centrum Myśli Jana Pawła II
Content:
INFORMACJA O ROZMÓWCY:
Maria Bernasik (ur. 1935) – historyk sztuki, młodsza siostra Jacka Hennela, jednego z pierwszych członków wędrowniczej grupy Wujka z początku lat 50. Do Środowiska wciągnął ją właśnie brat w tychże latach, uczestniczyła w wędrówkach górskich i wprawach narciarskich z Karolem Wojtyłą, a także spotykała się z nim z nim jako biskupem i papieżem do lat 80.
Miejsce nagrania - Kraków
Czas nagrania - 00:27:29
Prowadzący - Marcin Witan
Operator - Piotr Augustynek
STRESZCZENIE:
Spotkanie z księdzem Karolem Wojtyłą w parafii świętego Floriana w Krakowie. Zimowy wyjazd w Gorce na narty. Letnie wycieczki w góry, wspólne zabawy. Karol Wojtyła i jego umiejętność słuchania człowieka. Spotkania kolędowe, świąteczne i imieninowe u biskupa Karola Wojtyły w pałacu biskupim.
TRANSKRYPCJA:
00:00:18
Spotkałam się z nim, kiedy przyjechałam na studia do Krakowa i brat mój – Jacek Hennel – fizyk, wciągnął mnie w to towarzystwo, które z Ojcem Świętym chodziło na wycieczki, wtedy księdzem w kościele świętego Floriana w Krakowie. Także pamiętam i zimowe pewne wydarzenia wspólne i pamiętam letnie, przede wszystkim letnie wycieczki, gdzie chodziliśmy po Gorcach, z tym, że ja byłam najmłodsza w tej grupie. Ci fizycy na ogół wszyscy już byli po studiach, chyba profesor Janik był już po doktoracie, a ja miałam wtedy 18, 19, 20 lat.
SŁOWA KLUCZOWE: kościół św. Floriana w Krakowie, Środowisko, Kraków, młodzież, Jacek Hennel, Gorce
00:01:17
Wiem, że byliśmy gdzieś, już też nie pamiętam, gdzie i tam gospodarz zorientował się, że między nami jest ksiądz i długo się zastanawiał: „Któryś tu z was to jest ksiądz” i oczywiście na mojego brata padło, że to on jest tym księdzem. No, ale było to, też jeszcze trzeba wziąć pod uwagę, że były czasy, kiedy takiej pełnej swobody nie było. Pamiętam raz spaliśmy gdzieś w jakimś, w stodole, na górze, w sianie i nagle policja się zjawiła i kazała nam się legitymować, co my tu robimy, po co my chodzimy, a czy my mamy mapy. I te mapy, wiem, że coś tam było z tymi mapami, nie wiem, czy w ogóle nie zabrali nam tych map, już nie bardzo to pamiętam. No, ale jakoś obeszło się bez jakichś dalszych konsekwencji, poszliśmy dalej. Nocowaliśmy tak po prostu, gdzie przyszliśmy, to na ogół mieszkańcy zawsze jakoś miło nas przyjmowali i można było przenocować właśnie w stodole, czy… Namiotów nie nosiliśmy ze sobą, z tego, co ja pamiętam.
SŁOWA KLUCZOWE: turystyka, młodzież, Środowisko, komunizm
00:02:34
Natomiast pamiętam dobrze msze święte, które były już trochę później właśnie w tym ostatnim okresie, właśnie nie pamiętam, który to był rok, czy to był styczeń 1954 czy styczeń 1955, kiedy spędziliśmy wspólnie w Gorcach, między Gorcem a Kudłaczem, w takiej bardzo oddalonej, wysoko położonej chacie, spędziliśmy cały okres przerwy międzysemestralnej. I tam właśnie codziennie rano była odprawiana msza święta i też nie przypominam sobie, żeby gospodarze brali w tym udział. Wszystko to było w jednej izbie, się mieściliśmy. Była ona przedzielona deską i w połowie była słoma tam rozsypana i na tej słomie ułożone były śpiwory, to była nasza sypialnia, a w drugiej części tej izby był stół duży na takich krzyżakach i tam siedzieliśmy, ławy przy tym i tam się przy tym siedziało, rozmawiało, jadło. I właśnie do takich wspomnień, bardzo takich, których obraz mi pozostał już na zawsze, to właśnie wieczory, jak umęczona po całym dniu jeżdżenia na nartach, bo tam było tak, że się wychodziło z domu i trzeba było natychmiast narty założyć, bo człowiek zapadał się w śnieg. Więc po całym dniu jeżdżenia, zmęczona, dość wcześnie wchodziłam w ten śpiwór, ale nie usypiałam. Natomiast wszyscy mądrzy towarzysze naszej wyprawy siadali przy tym stole, no i tam różne mądre rozmowy się toczyły, no, a to, co ja tak zapamiętałam, to w głowie tego stołu siedział Ojciec Święty i golił się, znaczy się nie golił się, tylko się mydlił. To pamiętam, że on się mydlił i mydlił i mydlił i trwało to pół godziny albo i więcej, bo on uważał, że tak trzeba i to trwało bardzo długo. Robił to wieczorem, dlatego, żeby rano już do mszy świętej być ogolonym i mydląc się śpiewał; śpiewał kolędy, bo to był okres jeszcze bożonarodzeniowy.
SŁOWA KLUCZOWE: turystyka, młodzież, anegdoty, Gorce
00:05:25
Obok niego siedział Jurek Ciesielski i śpiewali razem. Takiej ilości kolęd, z tylu zwrotkami już więcej nigdy nie słyszałam…., to zupełnie jakby śpiewnik kolęd, bo przecież każdy z nas kolędy zna, ale czegoś podobnego nigdy poza tym nie słyszałam. I ten obraz, jak na tym stole świeciły się świece, na ścianach takie drgające cienie tych osób siedzących przy tym stole i ten śpiew dosłownie bez końca. To mi utkwiło na zawsze. No i tak drzemałam już często zmęczona, a tutaj ktoś mnie budził: „Chodź, lody”. Co to były te lody? To był śnieg z przed chałupy zebrany do menażki, polany sokiem malinowym i tym raczyliśmy się… i tak niewątpliwie i Ojciec Święty na pewno z nami też te lody malinowe jadł, na pewno, to pamiętam. Tam grupa była, ci mieszkańcy, nie wiem, czy mam wymienić te osoby, które… pamiętam. Więc była grupa starszych osób, to był właśnie Ojciec Święty, profesor Janik, jego żona Jasia i był mój brat i Jurek Ciesielski, a grupa młodsza to byłam ja i był Jacek Kociołek i Leszek Nowosielski i Teresa Heydel, Życzkowska później, tylko nie pamiętam, czy ona do tej starszej grupy, czy do młodszej należała. I ta starsza grupa wychodziła często na jakieś dalsze wycieczki stamtąd, nas nie brali, bo mniej byliśmy wprawieni, także myśmy zostawali tam w domu, coś trzeba było przygotować do zjedzenia, czy jeździliśmy na nartach koło tej chałupy, no i też pamiętam taki jeden jedyny, mianowicie jeździliśmy na nartach przy świetle księżyca, to było niesłychane.
SŁOWA KLUCZOWE: turystyka, młodzież, anegdoty
00:08:16
Wtedy nie było widać tych wszystkich zróżnicowań terenu, tych muld, bo to światło księżyca jakoś tak nie dawało tego wyraźnie, nie dawało do poznania tego i jechał, pamiętam dobrze, Jurek Ciesielski pierwszy i kazał nam za sobą jechać i zaraz za nim robić krystianię. On nas uczył w ten sposób jeżdżenia na nartach, także wtedy nawet dość sporo skorzystałam z tego pobytu. Także to było jedno z takich ważniejszych pobytów, bo to trwało dobrych, ja wiem, może niecałe 2 tygodnie, ale z 10 dni tam w tych Gorcach byliśmy. Tę chałupę tam, to upatrzył mój brat Jacek z Jurkiem Janikiem i zorganizowali cały ten wyjazd, bo tam konie musiały wyciągnąć całą żywność, wszystko, jednak dość dużo osób. Jasia gotowała tam, zajmowała się aprowizacją, także to był taki bardzo pamiętny pobyt z Ojcem Świętym. I tam właśnie codziennie rano w tej izbie, w której i spaliśmy i jedliśmy i wszystko się odbywało, była codziennie rano odprawiana msza święta.
Mój brat tak zaprzyjaźnił się z tymi gospodarzami, właścicielami tego domu, że do tej pory utrzymuje kontakt, nie wiem, czy z wnuczką tego właściciela, to chyba to nawet wnuczka i tam właśnie zorganizował umieszczenie tablicy pamiątkowej na tym domu, z napisem, że w tym a w tym roku tu mieszkał Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. To do tego doprowadził, że to tam jest umieszczone.
SŁOWA KLUCZOWE: Środowisko, młodzież, turystyka, Jerzy Janik, Jerzy Ciesielski, Jacek Hennel, anegdoty, Gorce
00:10:34
Pamiętam też taką chwilę, kiedy po całodniowym, długim marszu, zmęczeni zeszliśmy już w dolinę i dla odpoczynku usiedliśmy nad takim wartko płynącym potokiem. Zachodziło słońce, pamiętam dobrze i w oczach mam postać Ojca Świętego, który też swobodnie rozsiadł się nad tą wodą, powoli zdjął buty, zdjął skarpetki i zanurzył nogi w wodzie. Widać było, że sprawia mu to naprawdę wielką przyjemność. Jakiś taki był ożywiony i trochę zamyślony i zaczął po chwili mówić. Mówić o tym, jak woda potrafi ożywiać, jak potrafi dawać ukojenie, jak potrafi usuwać zmęczenie. I zakończył te swoje słowa mówiąc w ten sposób, że: „Trzeba doświadczyć to, czego ja w tej chwili doświadczam, żeby zrozumieć, dlaczego chrzest odbywa się przez polanie wodą”. To utkwiło mi jakoś tak głęboko w pamięci, ten moment i całe to rozważanie Ojca Świętego na temat tej płynącej wody i tego, że sam doświadczał tej ulgi właśnie, którą ta woda mu tą ulgę przyniosła.
SŁOWA KLUCZOWE: Środowisko, turystyka, anegdoty
00:12:16
Wybieraliśmy się nawet w dość dużym gronie, było chyba 10 albo może nawet więcej osób. Szliśmy na Babią Górę i było powiedziane, którym pociągiem, kiedy mamy wyruszyć ze stacji. Najpierw spotkaliśmy się na wczesnej mszy świętej w kościele świętego Floriana, bo to już blisko dworca, a poza tym Ojciec Święty właśnie tę mszę święta odprawiał tam. Tymczasem okazało się, że już bardzo mało czasu do odjazdu pociągu. Także pamiętam dobrze, jak ksiądz Karol Wojtyła szybko kończył już mszę świętą i cały kielich i ten cały liturgiczny sprzęt zostawił na ołtarzu i inny ksiądz przyszedł i szybko składał to, bo trzeba było już biec na ten pociąg. No i pobiegliśmy na ten, wsiedliśmy do pociągu i zaczął lać deszcz i było, wręcz zanosiło się na trzydniówkę, co najmniej. Przyjechaliśmy do Suchej, lało dalej, nie było co robić, trudno było się wybierać w takim dość solidnie lejącym deszczu na taką długą trasę, bo z Suchej na Babią Górę to jest duża trasa. No więc gdzieś w jakimś domu znaleźliśmy, przyjęli nas gospodarze i w takim niedużym pokoju rozsiedliśmy się tam i czekamy, aż ten deszcz przestanie padać.
SŁOWA KLUCZOWE: środowisko, młodzież, turystyka, Babia Góra
00:13:58
I ktoś zaproponował, żeby zagrać w „gołębie”. Co to było? Gra polegała na tym, że siedziało się w kółko, jeden koło drugiego i jeden po drugim miał wymieniać nazwę miasta, każdy miasta innego. Więc ktoś mówił: Kraków, następny mówił: Warszawa, ten mówił: Łódź, Gdańsk i tak w kółeczko trzeba było. Z tym, że każdy następny musiał powtórzyć miasto to, które było przed nim powiedziane. Więc ktoś powiedział: Kraków, następny: Warszawa, ale musiał powiedzieć: Kraków, Warszawa, następny: Kraków, Warszawa, Łódź, następny: Kraków, Warszawa, Łódź, Częstochowa, następny: Kraków, Warszawa, Łódź, Częstochowa, Wilno. I w ten sposób tych miast narastało bardzo szybko. Brat mój siedział i te miasta po kolei spisywał, żeby nie było żadnych pomyłek. Jak ktoś się pomylił, to był gołąb, gołąb pierwszy. Więc było miasto: Kraków, Warszawa, Częstochowa, Wilno… Ponieważ obeszło już wkoło, następny się pomylił, nie wymienił tych wszystkich po kolei, więc trzeba było powiedzieć, mówił: gołąb, gołąb pierwszy. Potem następny wymieniał te wszystkie miasta, pomylił się, to był gołąb drugi. I w tych miastach trzeba było w odpowiednich momentach te gołębie umieszczać, żeby to wszystko było. I brat spisywał po kolei miasta i po kolei te gołębie. I to było ciekawe, bo różnie ludzie sobie to zapamiętywali. Jedni słuchowo: zasłaniali oczy i po głosie powtarzali po kolei te miasta. Inni znowu wzrokowo: patrzyli na twarze tych osób, które te nazwy miast mówiły i te gołębie po kolei, żeby te wszystkie wymienić. No więc tych gołębi się mnożyło, rzecz prosta, bo to nie sposób było powtarzać tam kilkanaście najpierw, potem kilkadziesiąt nazw tych miast łącznie z tymi gołębiami. I to pamiętam doskonale, na samym końcu siedział, wszyscy już byli, aha, i taki gołąb odpadał, już nie brał udziału w dalszym powtarzaniu, tylko był gołąb piąty i już więcej on nie powtarzał tego. I pamiętam dobrze koniec tego, jak na krzesłach, plecami do siebie odwróceni siedział ksiądz Karol Wojtyła, a na tym krześle po drugiej stronie siedział profesor Janik i wymieniali te miasta z tymi kolejnymi gołębiami i do tego, że już nie pamiętam, czy to, chyba to jednak Ojciec Święty zwyciężył, ale nie jestem tego pewna, wymieniając 64 nazwy miast i tych wszystkich gołębi, które były między tymi miastami umieszczone. We dwójkę tak siedzieli, to pamiętam doskonale, brat miał te wszystkie gołębie spisane na tym. Także tego rodzaju zabawy też mieliśmy.
SŁOWA KLUCZOWE: Środowisko, turystyka, młodzież, Jerzy Janik, Beskid Żywiecki
00:17:57
Jeszcze jeden taki moment dosyć zabawny, mianowicie to było na 1 maja. 1 maja jakoś się łączyło z sobotą, poniedziałkiem, już nie wiem, tak, że były coś bodaj 3 dni i można było wybrać się na taką krótką, niedaleką wycieczkę. Wiem, że dojechaliśmy do Lubnia, tak, to miejscowość przy szosie do Zakopanego i tam, stamtąd wyruszyliśmy w jakąś drogę, gdzieś przenocowaliśmy, w jakiejś stodole i wracaliśmy przez Rabkę, mieliśmy wracać do pociągu, żeby pociągiem wrócić z Rabki do Krakowa. I pamiętam, że zeszliśmy z tych gór i trzeba było się spieszyć, żeby zdążyć na mszę święta (to była niedziela), więc trzeba było do kościoła na mszę świętą w Rabce zdążyć. I tam wiedziano, że ta msza święta jest tam, nie wiem, o 6 czy o której wieczorem, więc trzeba było szybko iść, żeby zdążyć i żeby na tej Mszy Świętej być, bo nie było, widocznie nie odprawiał Ojciec Święty tej mszy świętej w czasie tej wycieczki. I taka sytuacja, że jesteśmy nad Rabą i trzeba przejść przez tą Rabę, żeby dojść do Rabki i w oddali widać most, ten most jest bardzo oddalony i trzeba zrobić dużą pętlę, dodać drogi, żeby tym mostem przejść na drugą stronę. A tutaj mamy przerzuconą przez rzekę, przerzucona, nie wiem, to kładka, jakiś pień, jakaś belka, nie wiem, co to było, w każdym razie można po tym przejść i jesteśmy już po drugiej stronie, oszczędzamy kawał drogi i dużo czasu. No więc oczywiście wszyscy się godzą, przechodzimy przez ten most. Ja strasznie się tego bałam i pamiętam, że szłam ostatnia, czy przedostatnia, bo wtedy jeszcze, wtedy mój mąż, wtedy narzeczony już był z nami, także to mogło być w jakimś 1954, 1955 roku na 1 maja. I on został, a ja: „No to idź” i ja idę tą kładką i w pewnym momencie spojrzałam, a tutaj ta woda, no, spora woda na Rabie, kłębi mi się pod nogami i jakoś tak jeszcze w oczach mam dosłownie te fale tej wody, która płynie mi i niby nie jest głęboko, ja już prawie dochodzę do tego brzegu i myślę sobie: „Wpadnę tutaj” i myślę sobie: „Nie, to lepiej zejść. Nie ma co, żeby czekać, aż mi się w głowie zakręci i ja wpadnę cała tylko ja spokojnie sobie w tą wodę wejdę”. I weszłam w tą wodę. No więc to było straszne, bo po pas w lodowatą wodę 1 maja w Rabie, no, nie było to miłe. Pamiętam, że jeszcze mąż z tego drugiego brzegu krzyczał: „Uważaj na zegarek!”, to zapamiętałam. No i wyszłam stamtąd mokra do pasa. No więc, co tu robić? Trzeba się jakoś przebrać, nie wiadomo w co, bo nic nie mam. I ktoś tam, bo już nie bardzo pamiętam, kto tam był na tej wycieczce, wyciąga z plecaka męskie spodnie, takie po kolana, kurtkę taką, jeszcze żeby było fajniej, z takim emblematem „Przewodnik Tatrzański”, to pamiętam, że ta kurtka miała na sobie. No i trzeba się przebrać, zdjąć to mokre i włożyć to suche, a tam nie było krzaczka, dosłownie. Olbrzymi teren przy tej rzece płynącej, bez możliwości jakiejkolwiek schronienia się, żeby po prostu te spodnie zdjąć i włożyć inne. No więc było powiedziane: „wszyscy się mają odwrócić”. Ja się przebieram, wkładam te straszliwe spodnie, w których okazało się potem, była duża dziura, więc żeby, jak wyszliśmy już na tą promenadę, bo to była niedziela wieczór w Rabce, eleganckie towarzystwo się przechadza i ja w tych straszliwych spodniach z dziurą na pupie idę, więc ktoś mi pożyczył agrafkę, żeby sobie spiąć te spodnie, no i tak doszliśmy do dworca. Już nie pamiętam, czy byliśmy na tej mszy świętej, czyśmy spóźnieni w ogóle nie brali w tym udziału, w każdym razie było to takie bardzo przejmujące, no i tak wróciliśmy umęczeni. Pamiętam, że strasznie byłam zmęczona tym wszystkim i później oddawałam te części garderoby nie mojej, oddawałam już nie pamiętam jak, w każdym razie tak to było.
Tak, cały czas szedł z nami i on tak właśnie, odwracamy się wszyscy, no i ja się musiałam tam przebierać.
SŁOWA KLUCZOWE: Środowisko, młodzież, Rabka, turystyka, anegdoty
00:23:54
Z biegiem czasu było, że szliśmy sobie razem, opowiadałam, to był okres, kiedy ja się zaręczyłam z mężem, miałam takie problemy dotyczące ewentualnie przyszłego małżeństwa, także było o czym rozmawiać i dość dużo czasu tak szliśmy w lesie. Właśnie on szedł tak z osobą, z którą rozmawiał, to szedł tak troszeczkę na uboczu i spokojnie można było sobie porozmawiać na różne tematy, takie bardzo osobiste.
Słuchał, to było takie, że co się mówiło, to on, tak to było z takim jakimś, często się nie odzywał, nie brał może nawet, nie tyle, żeby brał udział w tym, tylko tak wysłuchał, wysłuchał, później często jedno zdanie jakieś potrafiło być jakimś podsumowaniem tego wszystkiego; jakaś rada, jakaś uwaga.
SŁOWA KLUCZOWE: młodzież, rodzina, Środowisko
00:24:57
Owszem, byłam zapraszana, byliśmy zapraszani na, później, jak chłopcy byli trochę starsi, na śpiewanie kolęd, jak mieszkał na ulicy Kanoniczej i później nawet jak na takie noworoczne, czy bożonarodzeniowe spotkania w pałacu biskupim, to chodziliśmy.
Jedno pamiętam takie spotkanie, bardzo sympatyczne, to było na imieniny. Imieniny już biskupa, zebraliśmy się tam i tam tym jakoś tak to wszystko organizowała Teresa Życzkowska i na imieniny prezent od tych wszystkich uczestników tych wycieczek, których w większości nie znałam w ogóle. Mianowicie na prezent piękny, taki jak gdyby nawet moherowy taki czysto – wełniany sweter, taki oczywiście z długimi rękawami, ciepły, w kolorze takiego jasnego granatu. I to w pięknej paczce, Teresa bodajże wręczyła to księdzu biskupowi. On to rozpakował, ucieszył się ogromnie, z miejsca rozpakował to i włożył na siebie ten sweter, taki zadowolony. Wszyscy też byli szczęśliwi, bardzo to było, to był bardzo miły, takie spotkanie. A później to mąż raczej lubił chodzić na te spotkania z synami, te śpiewanie kolęd… No, ja też bywałam, ale tak to wspominam bardzo miło, cały ten okres.
Synowie moi, Piotr – ten starszy syn, pamiętam, że za głowę się chwycił: „Chodziłem do niego na kolędy i pączki u niego jadłem, a teraz on jest Papieżem”. No, tak pamiętam.
SŁOWA KLUCZOWE: Środowisko, Teresa Życzkowska, konklawe, 1978
00:27:18
Koniec
FILMED AT:
Kraków
RECORDING DURATION:
00:27:29
JOURNALIST:
Marcin Witan
CAMERAMAN:
Piotr Augustynek
Short biographical note:
Maria Bernasik (ur. 1935) – historyk sztuki, młodsza siostra Jacka Hennela, jednego z pierwszych członków wędrowniczej grupy Wujka z początku lat 50. Do Środowiska wciągnął ją właśnie brat w tychże latach, uczestniczyła w wędrówkach górskich i wprawach narciarskich z Karolem Wojtyłą, a także spotykała się z nim z nim jako biskupem i papieżem do lat 80.
Summary:
Spotkanie z księdzem Karolem Wojtyłą w parafii świętego Floriana w Krakowie. Zimowy wyjazd w Gorce na narty. Letnie wycieczki w góry, wspólne zabawy. Karol Wojtyła i jego umiejętność słuchania człowieka. Spotkania kolędowe, świąteczne i imieninowe u biskupa Karola Wojtyły w pałacu biskupim.