Menu

Joseph Ratzinger/Benedykt XVI o współpracy z Janem Pawłem II

Współpraca kardynała Josepha Ratzingera i Jana Pawła II zaowocowała nie tylko serdeczną przyjaźnią, ale przede wszystkim konsekwentnym dążeniem do realizacji celów na rzecz Kościoła. Chcemy przypomnieć ten okres oddając głos Josephowi Ratzingerowi – przytaczając fragmenty trzech wywiadów, które przeprowadził niemiecki dziennikarz Peter Seewald.
Papież Jan Paweł II i kardynał Joseph Ratzinger, 2 kwietnia 1995 roku. Fot. Levan Ramishvili
25 listopada 1981 r.
Nominacja kard. Ratzingera, dotychczasowego arcybiskupa Monachium i Fryzyngi, na prefekta Kongregacji Nauki Wiary.
27 października 1986 r.
Międzynarodowy Dzień Modlitw w Asyżu, zainicjowany przez Jana Pawła II. Podczas modlitw o pokój obecny był również kard. Ratzinger, na czym zależało Janowi Pawłowi II.
1992 r.
Pierwsze wydanie Katechizmu Kościoła Katolickiego. Do głównych inicjatorów należeli kard. Ratzinger oraz Jan Paweł II. 
6 sierpnia 2000 r.
Pierwsze wydanie „Dominus Iesus” - Deklaracji o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła. Dokument Kongregacji Nauki Wiary, nad którym pracował m.in. kard. Ratzinger.
19 kwietnia 2005 r.
Wybór Benedykta XVI na Stolicę Piotrową.
Prezentowany tekst jest kompilacją fragmentów trzech wywiadów udzielonych przez Josepha Ratzingera (później Benedykta XVI) dziennikarzowi Peterowi Seewaldowi. Aby można było zidentyfikować, z jakiej publikacji pochodzą poszczególne fragmenty, na końcu każdego z nich zamieściliśmy następujące skróty oznaczające wskazane publikacje:
  • Sól Ziemi – kard. Joseph Ratzinger, Sól Ziemi. Chrześcijaństwo i Kościół katolicki na przełomie tysiącleci, rozm. Peter Seewald, Kraków, 1997, s.: 7-8 oraz 90-93 i 95.
  • Światłość świataBenedykt XVI, Światłość świata. Papież, Kościół i znaki czasu, rozm. Peter Seewald, Kraków 2011, s.: 15-18.
  • Ostatnie rozmowyBenedykt XVI, Ostatnie rozmowy, rozm. Peter Seewald, Kraków, 2016, s.:199-206.
Papież i jego kardynał
Kardynał Joseph Ratzinger gratuluje kardynałowi Karolowi Wojtyle wyboru na papieża, 16 października 1978 r. Fot. Levan Ramishvili

25 listopada 1981 roku nastąpiła nominacja ojca na prefekta Kongregacji Nauki i Wiary, który obok papieża jest jednym z pierwszych strażników wiary Kościoła katolickiego. 1 marca 1982 roku to początek urzędowania w Wiecznym Mieście. Podobno pierwsze rozmowy ze współpracownikami odbywały się po łacinie.
Nie znałem jeszcze włoskiego, ponieważ uczyłem się go, jedynie konwersując. To pozostało pewną przeszkodą. W każdym razie objąłem prowadzenie kongregacji, ale posługiwałem się łaciną. 

W nadziei, że zostanie ojciec zrozumiany.
Wtedy jeszcze wszyscy znali łacinę. To nie stanowiło żadnego problemu. 

Jak wyglądało pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II w Watykanie? Odbyła się wówczas rozmowa na temat zasadniczego ukierunkowania pontyfikatu, a zwłaszcza funkcji, którą miał ojciec objąć?
Nie. Przychodziłem na cotygodniową audiencję, więc mieliśmy dość czasu na rozmowę. Nie braliśmy pod uwagę żadnych podstawowych kwestii, ponieważ wiadomo było, co należy do obowiązków prefekta (śmiech). 
(…)

Skąd ta harmonia? Mieliście przecież różne temperamenty. A może właśnie dlatego tak dobrze się rozumieliście?
Być może. Jan Paweł II był człowiekiem potrzebującym obecności, życia, ruchu i spotkań. Ja z kolei preferuję więcej spokoju i tak dalej. Pewnie dlatego, że tak się różniliśmy, uzupełnialiśmy się nawzajem.

Po prostu darzyliście się sympatią.
Tak.

Chemia też działała?
Można tak powiedzieć.

Ta sama wiara?
Właśnie.

To uproszczało wiele spraw. 
Owszem, ponieważ wiedziało się, że chce się tego samego.

Prywatne kontakty? Wspólne wycieczki, posiłki, wędrówki?
Posiłki jak najbardziej, ale w węższym gronie. Wędrówki raczej nie.

Jazda na nartach na pewno nie.
(Uśmiech) Niestety, nie umiem.

Zwracaliście się do siebie na „ty”?
Nie.
[„Ostatnie rozmowy”]

Można niekiedy usłyszeć, że papież nabawił się lęku przed księdzem kardynałem. Podobno zastanawia się: „Na miły Bóg, co powie na to kardynał Ratzinger?”
(kardynał z rozbawieniem:) Można by tak powiedzieć w żartach. Ale z całą pewnością papież nie odczuwa przede mną żadnego lęku!

Czy podczas spotkań księdza kardynała z papieżem obowiązuje jakiś ceremoniał?
Nie.

Czy odmawiacie najpierw modlitwę?
Nie, muszę niestety przyznać, że nie robimy tego – siadamy razem przy stole.

Wchodzicie i podajecie sobie rękę na powitanie?
Tak. Ja najpierw czekam, potem przychodzi papież, podajemy sobie rękę, siadamy za stołem, zwykle następuje mała, osobista „pogawędka”, która jeszcze nie ma nic wspólnego z kwestiami teologicznymi. Potem ja zwykle referuję sprawy, papież zadaje pytania i tym sposobem znów powracamy do rozmowy.
(…)

W jakim stroju chodzi ksiądz kardynał na takie spotkania?
W sutannie. Taka jest tradycja, że do papieża chodzi się w sutannie.

A papież?
Papież jest w białej sutannie.

W jakim języku rozmawiacie?
Po niemiecku.

Nie po łacinie?
Nie.
Teolog u boku filozofa
Kardynał Joseph Ratzinger obok papieża Jana Pawła II podczas podpisywania nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego, 25 stycznia 1983 r. Fot. Levan Ramishvili

Jak ta współpraca wygląda w praktyce? Czy często się widujecie?
Można tu mówić przede wszystkim o zwyczajowych kontaktach. W normalnym trybie prefekt Kongregacji co tydzień, w piątek wieczorem, ma audiencję u papieża, przekazuje mu wówczas wyniki pracy Kongregacji (raz w miesiącu czyni to sekretarz, niekiedy zdarza się też, że audiencja wypada z planu dnia). Jest to normalny tryb przedstawiania naszej pracy papieżowi, który dostaje do rąk także odnośne dokumenty. Omawiamy wyniki, papież podejmuje decyzje. Ponadto dochodzi do spotkań, które są wyznaczone w nadzwyczajnych sytuacjach. 
Już Paweł VI zarezerwował sobie wtorki, a obecny papież podtrzymał ten zwyczaj. Jan Paweł II chętnie z niego korzysta, by godziną czy półtorej przed obiadem zebrać grupę dyskusyjną, która zostaje z nim na wspólnym obiedzie, tak że dyskusja trwa od godziny 12 do 15. Spotkania takie odbywają się stosunkowo regularnie i stanowią drugi tryb kontaktów z papieżem. Krąg uczestników jest tu nieco szerszy, podczas gdy na piątkowej audiencji prefekt jest sam na sam z papieżem. 
Jeśli zachodzi taka potrzeba, to papież zbiera grupę dyskusyjną o zróżnicowanym składzie albo grupę biskupów z jednego kraju. Poszczególni uczestnicy pokrótce przedstawiają wówczas swe stanowisko, co jest początkiem dyskusji. Papież najpierw chce poznać informacje, by zrozumieć argumenty stron, jeśli występują między nimi różnice, i w ten sposób pozwala stopniowo wyklarować się właściwej decyzji. Za główne płaszczyzny kontaktu z papieżem można zatem uznać piątkowe audiencje oraz południowe debaty, podczas których następuje wymiana poglądów i opinii.
[„Sól Ziemi”]

Jak wyglądało uczestnictwo ojca w polityce wschodniej papieża?
Rozmawialiśmy na ten temat. Polityka Casaroliego, choć prowadzona w dobrej wierze, doznała w gruncie rzeczy porażki. Nowa linia Jana Pawła II zrodziła się z jego własnego życiowego doświadczenia, z kontaktu z tymi mocami i siłami. Naturalnie nie mogliśmy się spodziewać tak szybkiego załamania reżimu na Wschodzie. Stało się natomiast jasne, że zamiast próbować pojednawczych kompromisów, należy po prostu stawić mu czoło. Takie przekonanie wyrażał Jan Paweł II, a ja podzielałem jego zdanie.

Nie dochodziło do sporów?
Nie.

Ale mieliście różne zdania, na przykład co do spotkania modlitewnego w Asyżu z przedstawicielami religii na świecie.
Zgadza się. Ale nie spieraliśmy się, ponieważ wiedziałem, że chce dobrze; i odwrotnie, on wiedział, że prezentuję nieco inne stanowisko. Przed drugim spotkaniem powiedział, że zależy mu na mojej obecności, więc pojechałem. Zorganizowano je nieco inaczej. Uwzględniono moje zastrzeżenia, przez co uzyskało formę, która i mnie pozwoliła na swobodne uczestnictwo.
[„Ostatnie rozmowy”]

Można czasem usłyszeć zdanie, że trudno sobie wyobrazić papieża Jana Pawła II bez kardynała Ratzingera, a kardynała Ratzingera bez papieża. Ksiądz kardynał uchodzi za genialnego teologa u boku filozofa. Powiada się, że nigdy nie wiadomo, co jest celem papieża, a co ideą kardynała Ratzingera. Wywarł ksiądz kardynał istotny wpływ na kształt tego pontyfikatu. Bez tego szczególnego zespołu Wojtyła-Ratzinger Kościół zapewne inaczej by funkcjonował u końca drugiego tysiąclecia. 
Jest to pytanie, na które, oczywiście, trudno mi odpowiedzieć. Ale ostrzegałbym przed przecenianiem mojej roli. Na moich barkach spoczywa ważne zadanie, papież ufa mi, zawsze razem omawialiśmy najważniejsze problemy doktrynalne, nadal tak czynimy. O tyle też można powiedzieć, że w wypowiedziach doktrynalnych papieża jest i moje słowo, że wniosłem tu swój wkład, który zapewne wpłynął też na kształt pontyfikatu. Ale papież ma swą własną linię działania. 
Rozpoczął ją przecież, jeszcze zanim ja tu przyszedłem, owym tryptykiem – trzema encyklikami o Odkupicielu ludzkości, o Duchu Świętym i o miłosierdziu Bożym. Do tego dochodzi cały sektor etyki społecznej, zatem trzy encykliki, w których papież zajął się problematyką katolickiej nauki społecznej. Są to teksty, które wypływają z głębi jego doświadczenia życiowego, z jego filozofii. Również impuls ekumeniczny, który tak pobudza papieża, jest głęboko zakorzeniony w jego psychice, w jego osobowości – słowo „zakorzeniony” wydaje się tu może za mało dynamicznym określeniem, lepiej będzie więc powiedzieć: jest czymś, co w nim działa. Z drugiej strony, w wielkich kwestiach papież, oczywiście, wymieniał poglądy ze mną i nie tylko ze mną. Zapanowała tu głęboka harmonia. Chrześcijanie i ludzkość ocenią kiedyś, czy to było dla nich dobre.
(...)

Czy papież jest konkretny w swoich wypowiedziach?
To zależy od tematu. W niektórych sprawach głównie czeka na naszą opinię. Jako przykład mógłbym podać anglikańskich konwertytów. Trzeba znaleźć formy prawne, zgodnie z którymi będą oni przyjmowani na łono Kościoła katolickiego. Papież niewiele się tu wtrąca i mówi tylko: „Bądźcie wspaniałomyślni”. Szczegóły dalszych poczynań niezbyt go zajmują. Są jednak i takie tematy, którymi papież żywo się interesuje – należy do nich problematyka moralna, bioetyka, etyka społeczna, cały krąg zagadnień filozoficznych, wszystko, co dotyka filozofii. Ponadto cała sfera katechizmu i doktryny. Te zagadnienia interesują go osobiście. I w tych sprawach prowadzimy rzeczywiście intensywne rozmowy.
(…)

Czy mógłby ksiądz kardynał podać przykład omawianych tematów?
Są to wszystko sprawy, które zakończyły się konkretnymi decyzjami. Praca zaczyna się od pytań: o teologię wyzwolenia, o funkcję teologa w Kościele, o problemy bioetyczne itd. Jednym słowem, są to wszelkie tematy, którymi zajmuje się Kongregacja Nauki Wiary.
Jeśli chodzi o wielkie projekty, to w regularnych odstępach dochodzi do wymiany opinii o kolejnych wersjach. Jeśli, na przykład, powstaje jakaś encyklika, to najpierw dyskutujemy, jak ująć dane zagadnienie. Potem przychodzi pierwszy projekt, który wspólnie omawiamy. Wielkie tematy nigdy nie są mu, by tak rzec, znienacka przedstawiane, lecz stanowią przedmiot wieloetapowej dyskusji. Papież ma wgląd w kolejne stadia i sam dokonuje niezbędnych interwencji. 

Czy papież pyta później, co stało się z jego uwagami?
Jeśli go nie poinformujemy, to tak.
(…)

Do ilu kongregacji ksiądz kardynał należy?
Należę do pięciu kongregacji, dwóch rad i jednej komisji (Papieska Komisja ds. Ameryki Łacińskiej). Stałego uczestnictwa wymagają jednak tylko Kongregacja ds. Biskupów i Kongregacja ds. Ewangelizacji Narodów. Z mniejszą regularnością, ale jednak odczuwalnie dają o sobie znać obowiązki w Papieskiej Radzie ds. Popierania Jedności Chrześcijan, w Kongregacji dla Kościołów Wschodnich, w Kongregacji ds. Wychowania i w Kongregacji ds. Kultu. Członkostwo w innych kongregacjach nie jest tak obciążające. Ale to i tak piękny zestaw.
[„Sól Ziemi”]

Jedna z publikacji wydanych przez ojca na urzędzie prefekta, wzbudzających największe emocje, to deklaracja Dominus Iesus. Chodzi w niej o wyjątkowość Kościoła katolickiego, co wywołało wiele głosów krytycznych. Wielu do dzisiaj zachodzi w głowę, kto jest jej autorem.
Zupełnie świadomie nigdy osobiście nie tworzyłem żadnych dokumentów Oficjum, chcąc przeciwdziałać opinii, że szerzę i forsuję moją prywatną teologię. Miały powstawać organicznie, wydawane przez kompetentne urzędy. Oczywiście współpracowałem i krytycznie redagowałem, to prawda. Ale nigdy nie pisałem żadnego dokumentu, również i deklaracji Dominus Iesus

Swego czasu powstała opinia, że papież również jest przeciwny tej deklaracji.
Co nie odpowiada prawdzie. Poprosił mnie kiedyś do siebie i powiedział: „Chciałbym wspomnieć o niej na Angelus i jasno podkreślić, że całkowicie identyfikuję się z jej przesłaniem, dlatego proszę o osobiste przygotowanie tekstu mojego wystąpienia, które nie pozostawi co do tego żadnych wątpliwości”. Spełniłem tę prośbę, ale pomyślałem, że nie mogę użyć zbyt ostrych sformułowań, bo to nie wypada. Treść była w porządku, formie też nie brakowało elegancji. Wtedy padło pytanie: „Nie będzie żadnych zastrzeżeń?”. „Nie, wszystko jest w porządku”. Ale stało się dokładnie odwrotnie. Właśnie z powodu tej ugrzecznionej formy opinia publiczna orzekła: „Spójrzcie, papież zdystansował się od kardynała”.

A co z wielkim wyznaniem win w roku 2000, kiedy Kościół prosił o przebaczenie za historyczne zaniedbania i wykroczenia? Mówi się o stanowisku przeciwnym.
Nie zgadzam się. Uczestniczyłem w nim. Ale można postawić pytanie, czy wielość takich aktów ma naprawdę sens. Natomiast to, że Kościół idąc, na przykład za wskazaniem Psalmów i Księgi Barucha, wyznaje winy z przeszłości, uważam za zupełnie słuszne.

Kto jest autorem idei katechizmu?
Ja, ale nie tylko. Coraz więcej osób zadawało sobie pytanie, czy Kościół ma jeszcze wspólne nauczanie. Zapomniano właściwie w co, jak on wierzy. Pojawiły się silne trendy, również w kręgach ludzi oddanych, że nie da się już stworzyć jednego katechizmu. Odpowiedziałem na to, że albo mamy jeszcze coś do powiedzenia, a wtedy powinno się umieć to przedstawić, albo nie mówmy nic. Stałem się poniekąd pionierem idei – kierowany przekonaniem, że i obecnie musimy być w stanie zadeklarować, jaka jest wiara Kościoła i czego on naucza.

Fides et ratio, encyklika z 1998 roku – ile w niej wkładu kardynała Ratzingera?
Co nieco. Powiedzmy – idee.

Ulubiona anegdota o was dwóch?
Kiedy w czasie pierwszej wizyty w Niemczech papież gościł w Monachium, zobaczyłem niekończąca się listę punktów w planie dnia. Stwierdziłem, że będzie zajęty od rana do wieczora. Pomyślałem: „Tak nie może być! Trzeba wprowadzić trochę spokoju!” I przeforsowałem zorganizowanie dłuższej przerwy południowej. W pałacu biskupów mamy elegancki apartament. Papież był tam przez chwilę, a zaraz potem zawołał, żeby przyjść do niego na górę. Wszedłem – właśnie skończył odmawiać brewiarz. Zwróciłem się do niego: „Ojcze Święty, trzeba odpocząć!”. „Odpoczywać będę w wieczności!” – odpowiedział mi. To typowe dla niego: „Odpoczywać mogę w wieczności”. W doczesności nie znał chwili wytchnienia.
(...)

Strażnik wiary, przez ćwierćwiecze współtworzący pontyfikat Jana Pawła II jak nikt inny. Patrząc w drugą stronę, jaki jest wkład Wojtyły w rozwój Ratzingera?
Nauczyłem się ogarniać myślą rozleglejszą przestrzeń, zwłaszcza w wymiarze dialogu religijnego. Encyklikę o zagadnieniach moralnych i katechizm wypracowaliśmy właśnie dzięki znakomitej wymianie myśli. Innymi słowy, jego dalsze spojrzenie i bardziej filozoficzne ujęcie poszerzyły także moje własne horyzonty.

Kto zdecydował o zleceniu ojcu napisania tekstu drogi krzyżowej na Wielki Piątek 2005 roku, w którym mowa o "brudzie w Kościele"? To pomysł papieża?
To wyszło od niego samego. Takie wyraził życzenie.

Wypowiedział się potem na ten temat?
Już nie. Był zbyt schorowany i zmęczony.

Milionowe rzesze śledziły uroczystości związane z pogrzebem papieża czy to na ekranach telewizorów, czy to bezpośrednio na placu św. Piotra: prostą drewnianą trumnę, wiatr przerzucający stronami położonego na niej ewangeliarza, wzruszającą ceremonię prowadzoną przez dziekana Kolegium Kardynalskiego. Jakie były ojca wrażenia, uczucia, odczucia?
To oczywiste, że śmierć Jana Pawła II bardzo mnie poruszyła, bo długie lata ściśle współpracowaliśmy. Był dla mnie wyjątkową postacią. Towarzyszyłem mu przez całą drogę cierpienia i kiedy odwiedziłem go w klinice Gemelli, dotarło do mnie, że już wkrótce nadejdzie jej kres. Odejście kogoś takiego kładzie się ciężarem na sercu. Jednocześnie miałem świadomość, że patrzy i błogosławi nam, stojąc w oknie domu Ojca, i tak też powiedziałem na placu św. Piotra. To nie był frazes, tylko prawdziwie głębokie przekonanie, że jest obecny i że nasza przyjaźń trwa nadal, lecz w zupełnie inny sposób.
[„Ostatnie rozmowy”]
Pod opadającym ostrzem gilotyny
Papież Jan Paweł II i kardynał Joseph Ratzinger w czasie celebracji mszy świętej w 2004 roku. Fot. Levan Ramishvili

Ojcze Święty, 16 kwietnia 2005 roku, w dzień siedemdziesiątych ósmych urodzin, Wasza Świątobliwość oznajmił swoim współpracownikom, jak bardzo się cieszy na swoją emeryturę. Trzy dni później Wasza Świątobliwość został wybrany na głowę Kościoła powszechnego liczącego 1,2 miliarda wyznawców. Cóż, to chyba nie jest zadanie, które człowiek zostawia sobie na starsze lata.
W zasadzie oczekiwałem, że wreszcie znajdę spokój i wytchnienie. Gdy nagle stanąłem wobec tego ogromnego zadania, był to dla mnie, jak wszyscy wiedzą, szok. Odpowiedzialność jest rzeczywiście ogromna. 

Był moment, jak Wasza Świątobliwość później powiedział, że czuł się jak pod opadającym ostrzem gilotyny.
Tak, przyszła mi do głowy myśl o gilotynie: oto teraz ostrze spada i mnie trafia. Byłem całkowicie pewny, że ten urząd nie jest moim powołaniem, że Bóg zapewni mi teraz, po wyczerpujących latach, trochę spokoju i wytchnienia. Mogłem tylko powiedzieć, uzmysłowić sobie: wola Boża jest najwyraźniej inna i zaczyna się dla mnie coś całkiem odmiennego, nowego. On będzie ze mną.
(...)

Czy Jan Paweł II widział w Waszej Świątobliwości swojego następcę?
Tego nie wiem. Myślę, że pozostawił to całkowicie dobremu Bogu.

W każdym razie nie pozwolił Waszej Świątobliwości odejść z urzędu. Można to było rozumieć jako argumentum e silentio, jako cichy argument za swoim kandydatem.
Powszechnie wiadomo, że chciał mnie zachować na urzędzie. Gdy zbliżały się moje siedemdziesiąte piąte urodziny, czyli granica wieku, w którym składa się dymisję, powiedział do mnie: „Nawet nie ma co pisać listu, gdyż chcę mieć Waszą Eminencję do końca”. Od samego początku żywił do mnie wielką i niezasłużoną sympatię. Czytał moje Wprowadzenie w chrześcijaństwo. Najwyraźniej była to dla niego ważna lektura. Zaraz jak został papieżem, postanowił wezwać mnie do Rzymu i powołać na funkcję prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Miał w stosunku do mnie wielkie, bardzo serdeczne i głębokie zaufanie. Jako do gwaranta, iż w sprawach wiary podążamy właściwym kursem.

Wasza Świątobliwość odwiedził Jana Pawła II jeszcze na łożu śmierci. Tego wieczoru spieszył się Wasza Świątobliwość z Subiaco, gdzie miał wykład na temat „Europa Benedykta w kryzysie kultur”. Co powiedział Waszej Świątobliwości umierający papież?
Był bardzo cierpiący, a pomimo to obecny i przytomny. Nic już jednak więcej nie powiedział. Poprosiłem o błogosławieństwo, którego mi udzielił. Pożegnaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni ze świadomością, że to ostatnie spotkanie. 

Wasza Świątobliwość nie chciał zostać ani biskupem, ani prefektem, ani papieżem. Czy to nie przeraża, że ciągle dzieje się coś wbrew własnej woli?
Tak to właśnie jest: Gdy mówi się „tak” podczas święceń kapłańskich, można mieć wprawdzie swój pomysł na to, czym może być własny charyzmat, ale wie się także i to: oddałem się w ręce biskupowi i samemu Panu Jezusowi Chrystusowi. Nie mogę sobie wyszukiwać, co bym chciał. Ostatecznie muszę dać się prowadzić.
Rzeczywiście byłem przekonany, że moim charyzmatem jest bycie profesorem teologii, i byłem bardzo szczęśliwy, gdy to moje oczekiwanie się spełniało. Było jednak dla mnie jasne, że jestem zawsze w rękach Pana i muszę się liczyć z rzeczami, których nie chcę. W tym sensie było to na pewno zaskoczenie, być nagle wziętym i nie móc podążać własną drogą. Ale, jak to zostało powiedziane, w leżącym u podstaw „tak” było też zawarte i to: Jestem do dyspozycji Pana i być może muszę któregoś dnia robić rzeczy, których sam bym robić nie chciał.
[„Światłość świata”]

Keywords
Geographical index:
Date: